Background Image
Table of Contents Table of Contents
Previous Page  27 / 40 Next Page
Information
Show Menu
Previous Page 27 / 40 Next Page
Page Background

25

Pro Medico

postscriptum

kwiecień 2014

medycyna pracy

skoslovenska Dermatologie”. Idealna sytuacja. Byłbym bardzo

niesprawiedliwy, gdybym nie wyraził wielkiego uznania dyrek-

torowi za jego starania o medyczną literaturę dla całego szpita-

la. Każdy oddział miał przynajmniej jedno czasopismo specjali-

styczne i jeden ogólnolekarski periodyk.

Oddział podzieliłem na wzór kliniki: łóżek męskich – 43, kobie-

cych – 22, dla chorych wenerycznie – 21, dla dzieci –14. Na ścia-

nach sal dziecięcych namalowaliśmy ulubione przez dzieci sceny

z bajek Disneya. Rzucane na ściany powiększalnikiem sylwetki

wypełniałem dobranymi kolorami, aby jak najwierniej odpowia-

dały oryginałom. Konsultacje pediatryczne zapewniał Szpital

Dziecięcy w Bytomiu na zasadzie wzajemności.

Na początku wizyty na stułóżkowym oddziale prowadziłem co-

dziennie. Potem ich częstotliwość zmalała do dwóch razy, a na-

stępnie do jednego razu w tygodniu. W stosunkowo krótkim

czasie najzdolniejsi asystenci uzyskali większą samodzielność

w prowadzeniu chorych.

Na parterze w wydzielonym pokoju urządziłem pracownię miko-

logiczną, której prowadzenia podjęła się dr Bazała. Szybko opa-

nowała technikę pobierania materiału do badania mikroskopo-

wego i posiewów. Odtąd rozpoznania grzybic weryfikowaliśmy

badaniami laboratoryjnymi. Jedna duża sala na pierwszym

piętrze została przystosowana na jadalnię. Ściany wyłożono bo-

azerią, ustawiono stoły i krzesła, a posiłki roznosiła i podawała

pielęgniarka.

Każdy odcinek dysponował pokojem zabiegowym czystym

i brudnym, czyli smarowalnią z parawanami dla pacjentów.

W tym miejscu wspomnę wydarzenie z okresu, zanim wszyscy

nauczyli się zachowań dermatologicznych i odpowiedniego wy-

konywania zabiegów. Pewnego dnia pod koniec pracy przybiegł

do mnie ogromnie zdenerwowany pielęgniarz.

– Panie ordynatorze! No co ja mam teraz z nim zrobić?... – mówił

zrozpaczony.

– Z kim? – spytałem.

– Z pacjentem. Wykonałem zabieg, nałożyłem maść, a chory nie

chce się ruszyć z miejsca.

Pobiegliśmy do smarowalni. Na metalowym taborecie stał nagi

mężczyzna wymalowany od stóp do głowy pastą z fioletem gen-

cjany. Niebieski człowiek był jak zaczarowany. Przylepiony do

stołka, bał się zrobić jakikolwiek ruch. Patrzył na mnie błagalnie,

oczekując pomocy. Sytuacja była tak zaskakująca i komiczna, że

tylko siłą powstrzymałem się od zrobienia jakiegoś niestosow-

nego gestu. Przybrałem więc groźną pozę i powiedziałem:

– Choremu trzeba pomóc zejść, wykąpać go, a potem nałożyć

maść jak należy! – Na korytarzu dodałem: – Cóż pan najlepszego

zrobił?

– Panie ordynatorze! – obruszył się. – Na wizycie powiedział pan

tylko jedno słowo – fiolet...

Istotnie – nie wskazałem dokładnie miejsc, na które należało

nałożyć maść (fiolet gencjany miał w dermatologii szerokie za-

stosowanie). Później dowiedziałem się, że pielęgniarz był w cza-

sie wojny sanitariuszem w Wermachcie. Wiedział, co to rozkaz.

W pracy był dokładny i oszczędny – szanował materiały opatrun-

kowe. Ceniłem go bardzo.

Przybysza z Krakowa dziwiło wiele. Zachwyciła śląska gwara, za-

wierająca także archaizmy językowe. Nade wszystko zaś ogrom-

nie pracowici, zdyscyplinowani i lojalni ludzie. Trudno znaleźć

równie obowiązkowe, staranne, dbające o czystość salowe. Ich

uczciwość była wręcz rozbrajająca. Dam banalny, ale jakże wy-

mowny przykład: znajdowane w czasie sprzątania gabinetu

monety (które wypadły mi przypadkiem z kieszeni) były zawsze

dokładnie poukładane na biurku. Pielęgniarki? Wzór obowiązko-

wości, ścisłego, według wymogów i poleceń wykonywania za-

biegów. Uderzał stosunek do ludzi starszych: nikt by się nie od-

ważył odezwać inaczej, jak tylko per „wy”. Obowiązywała zasada

trójstopniowości: „ty” w stosunku do rówieśników, „wy” do osób

starszych i rodziców,„oni” do dziadków i ludzi hierarchicznie sto-

jących wyżej. Ja, ordynator, byłem zawsze„oni”.

W czasie pierwszej wizyty w Bytomiu obwoziłem profesora Lej-

mana po mieście i okolicy.

– Kolego! – zauważył w pewnym momencie ze zdumieniem –

Tutaj w każdym oknie wiszą firanki!

– Gardiny, panie profesorze – poprawiłem byłego szefa.

Wizytę u profesora Chorążaka, kierownika Kliniki Dermatologicz-

nej w Zabrzu, odkładałem do momentu urządzenia wszystkiego,

jak należy. Profesora widziałem po raz pierwszy w czasie Zjazdu

PTD w Krakowie i zapamiętałem jako starszego, dystyngowane-

go pana. Wygłosił wtedy ciekawy wykład z dziedziny kolagenoz.

Nawet by mi na myśl nie przyszło, że kiedyś znajdę się w jego

pobliżu i zależności od niego. Kiedy zostałem ordynatorem,

musiałem niezwłocznie udać się do kliniki i przedstawić profe-

sorowi. Odkładałem tę powinność z przyczyny, a może przede

wszystkim, z powodu atmosfery, jaka zapanowała wokół mnie

natychmiast po zainstalowaniu się na miejscu. Nie miałem po-

jęcia, kto ze mną startował do konkursu i nie zamierzałem tego

dochodzić. A tymczasem okazał się nim adiunkt kliniki w Zabrzu,

w dodatku były dyrektor Wojewódzkiego Wydziału Zdrowia,

o czym chętnie donieśli„życzliwi”.„Poczekaj, poczekaj – profesor

się z tobą jeszcze porachuje!...” – słyszałem. Gorzej – złowróżb-

ne gadania udzielały się również asystentkom. Drżały na myśl,

kiedy przyjdzie im zdawać egzamin specjalistyczny i staną przed

obliczem profesora. Niechybnie obleją... „Stosunek profesora do

oddziału będzie zależał przede wszystkim od nas...” – powtarza-

łem uspokajająco.

W umówionym dniu i o określonej godzinie zameldowałem

się w Klinice. W krótkich słowach przedstawiłem przygotowa-

nia i prosiłem o opiekę nad oddziałem. Profesor przyjął mnie

z umiarkowaną życzliwością. Zasłużyłem. Przyjdzie mi długo

pracować nad naprawieniem błędu. Z przedstawionych poczy-

nań zainteresował się łóżkami dla chorych wenerycznie i dzieci,

których w województwie brakowało. Obiecał pomoc. Po kilku

miesiącach zgłosiłem akces i wraz z asystentami zostaliśmy przy-

jęci do Śląskiego Oddziału Polskiego Towarzystwa Dermatolo-

gicznego.

O ile akceptacja profesora Chorążaka dla struktury oddziału

(w zakresie wenerologii) była nam pomocna, o tyle poglądy nie-

których związkowców górniczych i części lokalnej społeczności

okazały się niechętne.

W dodatku szpital górniczy (centralny) włączył do swej struk-

tury oddział psychiatryczny, co także nie znajdowało szerszego

przyzwolenia. Oddział był otwarty (poza pomieszczeniem dla

szałowych), drzwi miały klamki, niezakratowane okna, a pacjenci

mogli się swobodnie poruszać i kontaktować z innymi chorymi.

W oknach wstawiono płyty pleksiglasowe zamiast szyb. W dniu

oddania oddziału i podejmowania gości entuzjasta dr Sybielak

pokazywał także wytrzymałość owych okien. Podchodził i ude-

rzał głową w pleksi. Tymczasem w jego gabinecie szyby nie zo-

stały zmienione. Ku ogromnemu zaskoczeniu i rozbawieniu ze-

branych, próba wypadła nader głośno.

Pacjenci oddziału wypisani do domu otrzymywali zwyczajne

karty informacyjne, a nie „żółte papiery”, jak z zamkniętych, du-

żych zakładów psychiatrycznych w Rybniku, Toszku, Lublińcu.

Byliśmy drugą placówką, po Instytucie Psychoneurologicznym

pod Warszawą, która zdecydowała się na taki eksperyment. Na-

stępną nowością, zapewniającą kontynuację leczenia pacjentów

wypisanych do domu, było zorganizowanie tak zwanego od-

działu dziennego.

„Górnicy nie powinni się leczyć z wariatami, a na dermatologii

przebywać z muzykantami (chorzy wenerycznie)”. Takie powie-

dzenia słyszeliśmy na co dzień. Z problemem uporali się najszyb-

ciej sami chorzy. Chorzy psychicznie zachowywali się nadzwy-

czaj spokojnie, unikali konfliktów. „Czy tutaj leczą się również

wariaci?” – pytali przeważnie odwiedzający. Chorzy wenerycznie

ciąg dalszy na str. 24