21
Pro Medico
•
kwiecień 2017
felieton
Szpital nie miał rzecznika prasowego. Zresztą lista na temat „cze-
go jeszcze nie miał”, byłaby długa. Pieniędzy brakowało dla leka-
rzy i pielęgniarek, co tu mówić o specjaliście od pi-aru? Sukcesów
do nagłaśniania jakoś nie było, a odpukać, nie było też niczego
na żer dla mediów. Jak się okazało, do czasu... Tego dnia na szczę-
ście to nie on miał dyżur i nie on musiał operować. Był na krótkim
urlopie. O śmierci tej pacjentki dowiedział się, kiedy zaczęły się
telefony: –
Już słyszałeś?
... „To nie miało prawa się zdarzyć”, chora
była w stanie ogólnymdobrym, operował kolega, Marek X., dobry
chirurg z wieloletnim doświadczeniem. Mocny facet, niejedno już
przeżył, cieszył się zaufaniem i autorytetem. Może bywał czasami
zbyt wyniosły, może zanadto kłuło, jak świetnie mu się układało...
Ale lubili się. Kiedy dotarł do szpitala, oblężenie już trwało. Nigdy
nie widział w tym miejscu tylu dziennikarzy. Z Markiem rozma-
wiał przez telefon. Był strzępem człowieka, którego znał. Nie dało
się pogadać. W kółko mówił to samo, odtwarzał wydarzenia z sali
operacyjnej, cytował wyniki, nawiązywał ciągle do tej tomografii,
że nie wykazywała wyraźnych cech krwawienia, zmieniał nagle
temat, potem milkł na długą chwilę i zaczynał od początku.
–
Będzie dobrze
– powiedział mu bez przekonania. I słusznie,
bo nie było. Dyrektor nie owijał w bawełnę:
– Jesteśmy w kaczej
d..., a karuzela już się kręci! Musisz dziś wyjść do tych dziennikarzy
i jakoś to załatać. Wiem, że sobie poradzisz, a ty wiesz, że nie mam
nikogo innego.
No to wyszedł. Założył sobie, że będzie lapidarny i nie da się wcią-
gnąć w dyskusje. Wygłosi oświadczenie i tyle. Wygłosił. Marek X.
jest doświadczonym chirurgiem, zespół był dobrze przygotowa-
ny, badania zostały wykonane i prawidłowo przeprowadzone.
Lekarz został zawieszony do czasu wyjaśnienia sprawy. Powikła-
nia w takich przypadkach się zdarzają, choć jest to niewielki pro-
cent. Rozmawiała z nim bardzo młoda dziennikarka, wyglądała
jak uczennica, młodsza od jego córki.
–
Co chciałby Pan powiedzieć rodzinie zabitej w tym szpitalu
pacjentki? –Wie Pan, żemiała dwojemałych dzieci? – Rodzinamówi,
że to miała być prosta, rutynowa operacja, tak twierdził dr Marek
X, tymczasem ta kobieta nie żyje! – Dlaczego sam nie tłumaczy się
z popełnionych błędów? – Adwokat rodziny twierdzi, że chirurg nie
miał prawa tyle godzin być w pracy...
I dalej w ten deseń.
Tysiąc myśli przelatywało mu przez głowę, podczas gdy kame-
ra cierpliwie świeciła czerwonym światełkiem. Nieoczekiwanie,
chyba ze stresu, przypomniało mu się zdanie dyrektora o karu-
zeli i ten głupi refren:
„Starsi już poszli, młodsi jeszcze nie, karuzela
czeka, woła nas z daleka...”
–
Dlaczego ona jest taka młoda, nie mają tam doświadczonych
reporterów? Co zrozumie z tego, co mógłbym powiedzieć? Czy kie-
dykolwiek widziała pole operacyjne? Czy wie, jak to jest, gdy komuś
zawala się cały świat? Też byłem taki zero-jedynkowy w jej wieku…
Zebrał się w sobie i powiedział do tej kamery, że podczas jego
urlopu dr Marek musiał przejąć dodatkowe operacje, że praco-
wał ponad siły„zwykłego”człowieka, że wszędzie brakuje lekarzy,
także na tym Oddziale, a chorych leczyć trzeba. Może to do nich
dotrze? Co dotarło, zobaczył wieczorem w telewizorze. Oświad-
czenie wycięli, został fragment, jak zaczyna głupio się uśmiechać
(to musiało być podczas myśli o tej karuzeli) i mówi o przejęciu
jego operacji przez Marka.
Redaktor prowadzący wydanie skomentował: lekarze nie mają
sobie nic do zarzucenia, rodzina nie usłyszała nawet słowa, że im
jest przykro. Rano w lokalnej gazecie pojawił się tytuł: „
Zmarła
w szpitalu, bo był na urlopie”.
Koledzy unikali jego wzroku. Dyrek-
tor nie chciał z nim rozmawiać, tylko sekretarka szepnęła:
teraz
będzie kontrola przepracowanych godzin przez lekarzy!
Marek nie
odezwał się. Po jakimś czasie odwołano dyrektora, a on znalazł
się w grupie, z którą nie przedłużono umowy o pracę.
Grażyna Ogrodowska
Historie prawdziwe
Karuzela czeka
rzystwie poruszam się jak ślepiec bez białej laski. Na zebraniach
chętnie symuluję zespół Aspergera, zajmując miejsce w odosob-
nieniu, bo nawiązanie rozmowy i intelektualny kontakt jest ryzy-
kowny. Choroba jest uciążliwa, bo znacznie utrudnia normalne
funkcjonowanie społeczne, kontakty międzyludzkie – wręcz
wyklucza z normalnego społeczeństwa. Nawet robienie „selfie”
jest bez sensu, bo po piętnastuminutach nie potrafię powiedzieć,
kim są ludzie na zdjęciu. Postrzegam ludzi jak telewizyjną relację
z ujęcia podejrzanego o przestępstwo. Dla mnie wszyscy wokół
mają„wygumowane” twarze. Dziwne, ale ja tak widzę na co dzień
i wszystkich. Całe szczęście, że mój defekt nie dotyczy sfery zawo-
dowej, a wręcz odwrotnie – doskonale pamiętam pacjentów
sprzed wielu lat. (…)
Otaczają mnie obcy ludzie, z którymi konwersacja jest trudna
lub niemożliwa, a ich poufałość budzi podejrzenia. Zdarza się,
że ktoś z braterskim uściskiem i wylewnie wita się ze mną, a mnie
jest obojętne, czy to brat, czy Brad Pitt, który
nota bene
choruje
na to samo. Niektórzy usiłują mi wmówić, że się znamy: oooczy-
wiście! – dysymuluję objawy. Ale w głowie natrętne pytanie:
Gdzie go wsadzić?
Z kolei moje nieśmiałe: –
Skąd my się znamy?
– znacznie pogarsza sytuację i na ogół wyklucza dalszą rozmowę,
bo wszyscy się obrażają.
To, że rozpoznają mnie moje dzieci, przeczy temu, jakoby ta wada
wrodzona była dziedziczona autosomalnie dominująco.
W chorobie, która jest podobna do opisanej w 1906 r. przez Aloj-
zego Alzheimera, znajduję też pozytywy. Przypadłość pozwala
mi także poznać ludzkie charaktery i słabości. Postanowiłem,
że nie będę się nikomu kłaniał, bo moim nienagannym wycho-
waniem mogę komuś zaszkodzić, a przecież najważniejsze przy-
kazanie lekarskie mówi –
primumnon nocere
. Chyba dawno zapo-
mniana zasada, że lekarz nie kłania się swoim pacjentom i nie
chodzi na ich pogrzeby – jest nadal aktualna. W innym wypadku
Komisja Etyki może zarzucić lekarzowi, że publicznie dekonspi-
ruje, a nawet denuncjuje pacjentów z uwagi na posiadaną spe-
cjalizację.
Moja choroba to prozopagnozja czyli „ślepota twarzy” (gr.
proso-
pon
– twarz, agnozja – zaburzenia poznawania). Nadal wypatruję
ratunku w postępach medycyny.
Mieczysław Rohatynski




