Background Image
Table of Contents Table of Contents
Previous Page  29 / 40 Next Page
Information
Show Menu
Previous Page 29 / 40 Next Page
Page Background

27

Pro Medico

listopad 2014

wspomnienia

echa publikacji

Autorem reportażu „Chodzenie po bagnach wciąga”, zamiesz-

czonego we wrześniowym numerze PM jest Pan doktor Łukasz

Lubelski, a nie, jak napisaliśmy, Tadeusz. Autora i czytelników

przepraszamy.

Sprostowanie

żołnierz Esculapa” musi być dobrze wyszkolony i solidnie wypo-

sażony. Nie tylko w polskiej rzeczywistości szkolenia są drogie.

(…) A jeśli mimo tych trudności lekarz podstawowej opieki zdro-

wotnej posiadł rozległą wiedzę i ciągle ją doskonali? I w świetle

tej wiedzy chce leczyć racjonalnie, jak przystało na epokę Evi-

dence Based Medicine? Czy może pokierować swego podopiecz-

nego na badanie EKG metodą Holtera? Albo echokardiografię?

Bądź tomografię komputerową? Takie opcje są dla niego równie

fantastyczne, jak… pół godziny czasu dla pacjenta. W imię „ra-

cjonalizacji wydatków na diagnostykę”. Nie pozostaje mu nic in-

nego, niż wypisanie skierowania do kolejki… Tfu, do specjalisty.

Z drugiej strony, nie łudźmy się: nawet najlepszy kurs – dajmy na

to, oglądania dna oka – nie zastąpi tysięcy godzin doświadcze-

nia, jakiego nabywa okulista. Koncepcja lekarza rodzinnego jest

zapewne słuszna, ale upatrywanie w niej genialnego środka na

zmniejszenie zapotrzebowania na wizyty specjalistyczne, trąci

grzechem pychy. Choć nie wyklucza przydatności oftalmoskopu

w gabinecie przeszkolonego „peozetowca”… Tylko kto go powi-

nien zakupić?

KTO„ROBI TŁOK”

W POCZEKALNIACH?

Trudno jest zbudować zaufanie pacjenta do lekarza POZ, bo

przecież przez wiele lat miał nieskrępowany dostęp do specja-

listy (z którym spotykał się w „pierwszym kontakcie”) i zgodnie

z „socjalistyczną tradycją” wychodzi z założenia, że… jego niena-

ruszalnym prawem jest leczenie u„fachowca”. Będzie się domagał

skierowania do pulmonologa z powodu zapalenia oskrzeli czy do

kardiologa z powodu „kłucia w sercu”. A lekarzom – uderzmy się

w pierś – często brak odrobiny asertywności. Wpadamy w błęd-

ne koło: ulegając łatwo presji pacjenta, niejako przyznajemy mu

rację; sugerujemy, iż brak nam kompetencji. Na kolejnej wizycie

zapewne zamiast usłyszeć o dokuczliwych objawach, wysłucha-

my kolejnego żądania pokierowania tu czy tam. Paradoksalnie,

długie kolejki nieco ograniczają taki proceder. Niestety, finalny

efekt jest zły… Ten, kto powinien uzyskać pomoc specjalisty

niezwłocznie, czeka. Lub rezygnuje. Ten, komu taka pomoc jest

zbyteczna –„robi tłok”w poczekalniach… Stary, sprawdzający się

niegdyś zwyczaj dopisywania na skierowaniu „pilne”, w praktyce

często nie funkcjonuje. Tu znów musimy się pokajać: bywa, że

nadużywamy tego zwrotu. Czasem z powodu nalegania pacjen-

tów, którym nie potrafimy odmówić. Naciskają, bo kolejki są dłu-

gie. Błędne koło. A czasem – z niewiedzy czy konkretny problem

jest rzeczywiście pilny. Wraca więc kwestia szkoleń; dodam, że

potrzebne są również seminaria z zakresu komunikacji z pacjen-

tem. Kwestia czasu poświęcanego choremu…

Oszczędzanie na kształceniu w sektorze zdrowia to również

ograniczanie miejsc na uniwersytetach medycznych. Skutki? Naj-

mniejsza liczba lekarzy w przeliczeniu na jednego mieszkańca

w UE (raport OECD „Health at Glance: Europe 2012”). A przecież

nie brakuje chętnych do podjęcia studiów medycznych, chciało-

by się rzec: mimo wszystko…

PÓŁ GODZINY DLA PACJENTA

JAKO EKSTRAWAGANCJA

Czy postulowane przeze mnie pół godziny dla pacjenta to eks-

trawagancja? Może…Ale dokładne, spokojne zebranie wywiadu,

poparte szczegółowym badaniem fizykalnym, pozwala często

uniknąć niepotrzebnych testów dodatkowych, które generują

koszty, nakręcając spiralę deficytu i wydłużając czas do rozpoczę-

cia terapii. A rozmowa z pacjentem na temat profilaktyki? Trybu

życia?„Lepiej zapobiegać, niż leczyć”. Jak osiągnąć zmianę zacho-

wań? Wie o tym każdy ksiądz, gromadząc wiernych co tydzień na

kazaniu. Nie rzuca „poczytajcie sobie na ten temat w Biblii”, nie

odsyła do stron internetowych. Woli przekaz bezpośredni, bo jest

on po prostu skuteczniejszy… I przeznacza na to czas, mając za

sobą dwa tysiące lat doświadczenia potężnej instytucji. Przyzna-

ję: nadal pół godziny może wydawać się przesadą. Do momentu,

kiedy przypomnimy sobie o obowiązku prowadzenia dokumen-

tacji, na którą składa się coraz więcej… papierów. No tak… Ten

tekst piszę na komputerze. Ale większość spraw w gabinecie

„załatwiam” długopisem… W Internecie co chwila pojawiają się

nowe informacje o rozpędzającej się informatyzacji w służbie

zdrowia. Tyle, że „rozpędzającej się” o wiele wolniej, niż nieszczę-

sne „Pendolino”. Czy stworzenie spójnego, elektronicznego sys-

temu, gwarantującego sprawny przepływ informacji – o tym na

przykład, że pacjent zapisany jest w kilku kolejkach do tożsamych

specjalistów – usprawniłoby, trzymając się (nomen omen) kole-

jowej terminologii, zawiadywanie ruchem? Oczywiście, że tak.

Uprościłoby szereg czasochłonnych czynności, jak wypisywanie

skierowań, zaświadczeń, recept? Niewątpliwie. A czy kosztuje?

No cóż. W perspektywie przynosi zysk. Ale wpierw należy zain-

westować…

AKCELERATOR, NIE HAMULEC

Niestety, biurokracja również narasta synchronicznie z poszuki-

waniem oszczędności… Żeby NFZ nie zakwestionował zasadno-

ści zalecanego przez nas – dodajmy: refundowanego – leczenia,

musimy wypisywać w kartotekach szereg sformułowań, przy-

pominających mowę adwokacką. Udowadniamy, że pacjent nie

symuluje i że my – jesteśmy absolwentami medycyny, nie wiel-

błądami. Albo wyłudzaczami. Do tego pod groźbą kar dołączamy

„materiał dowodowy”w postaci konsultacji specjalistów. Czasem

rzeczywiście potrzebnych, czasem stanowiących jedynie formal-

ność. Taką, która wydłuża kolejki… Skoro już jednak zasada po-

zyskiwania pisemnych konsultacji została niejako wymuszona,

spróbujmy uczynić z niej akcelerator, nie hamulec! Potrzeba do

tego pewnego zaangażowania ze strony konsultanta. Niech nie

ogranicza swoich informacji do ustalenia rozpoznania, lecz uzu-

pełni je (w miarę możliwości) cennymi wskazówkami: Jak prowa-

dzić leczenie – nie „jednostki chorobowej”, od tego są podręcz-

niki – ale konkretnego pacjenta? Co powinno w jego przypadku

nas niepokoić? Jak modyfikować terapię w zaostrzeniach? Kiedy

zlecać badania kontrolne? Tak poinstruowany lekarz rodzinny po-

czuje się o wiele pewniej i być może poradzi sobie w sytuacjach,

w których korci go wysłanie chorego po kolejną opinię…

ŻYCZENIOWE MYŚLENIE

Na koniec: czy bolączka kolejek do poradni specjalistycznych da

się rozwiązać bez „dosypania” pieniędzy w sektor zdrowia pu-

blicznego? Powołam się jeszcze raz na stworzony przez OECD

i Komisję Europejską raport „Health at a Glance: Europe – 2012”.

Wydatki na ochronę zdrowia wynosiły w Polsce 1068 euro (per

capita) w 2010 roku. To cztery razy mniej niż w Norwegii i Szwaj-

carii, trzy razy mniej niż w Niemczech, dwa razy mniej niż we

Włoszech. Nie lepiej przedstawia się sprawa z perspektywy innej

statystyki: odsetek PKB wydawany na szeroko pojęte zdrowie

wynosi dla Polski 7% (środki prywatne i publiczne). Tylko w pań-

stwach bałtyckich i w Rumunii jest niższy.WHolandii wynosi 12%,

we Francji i Niemczech 11,6%. Przy średniej dla UE na poziomie

9%. Nie twierdzę, że gospodarowanie tym, czym dysponujemy,

jest optymalne. Możemy to i owo usprawnić. Ale oczekiwanie,

że w ten sposób osiągniemy nowy „cud nad Wisłą”, przypomina

pragnienie zaoszczędzenia połowy baku paliwa poprzez bardziej

ekonomiczną technikę jazdy, w trasie ku oczekiwanym przez

wszystkich standardom. To myślenie życzeniowe, któremu blisko

jest do wiary w magię i gusła.

Wojciech Bednarski