Pro Medico
•
październik 2014
30
widziane z drugiej strony
W sobotnie popołudnie przyjecha-
łam z moim Przyjacielem i jego Siostrą
do Taty ich obojga, który czuł się tak źle,
że poprosił o wezwanie karetki. Twierdził,
że od rana boli go brzuch i jest bardzo
słaby. Na numer alarmowy zadzwoni-
łam ja. (…) Pani Dyspozytor zapytała, czy
„pan jest przytomny” i – w związku z tym,
że był – poprosiła go do telefonu. Po prze-
prowadzeniu wywiadu, rozmowa wróciła
do mnie. Zostałam uprzejmie poinformo-
wana, że stan pacjenta jest na tyle dobry,
że możemy go spokojnie zawieźć swoim
samochodem do przychodni lekarskiej,
świadczącej usługi całodobowej i świą-
tecznej opieki lekarskiej. (…)
Sprowadziliśmy więc słaniającego się
na nogach Tatę do samochodu i zawieź-
liśmy go do przychodni. Już wtedy było
mu zimno, mimo trzydziestostopniowego
upału poprosił o dodatkową koszulę z dłu-
gim rękawem i bardzo ciężko oddychał.
Siedział na wózku, nie miał siły poruszać
się samodzielnie. Po stosunkowo krótkiej
konsultacji dostał skierowanie na izbę
przyjęć szpitala.
Po raz drugi umieściliśmy więc Tatę w sa-
mochodzie i – jadąc bardzo powoli, ponie-
waż każdy wybój na drodze sprawiał mu
ból – dojechaliśmy do Szpitala Powiato-
wego. Nie zdecydowaliśmy się na zapro-
wadzenie starszego pana do poczekalni
izby przyjęć – była pełna, panował w niej
niemiłosierny upał. Chorzy ze zdjęciami
rentgenowskimi, zabandażowanymi ko-
lanami i unieruchomionymi kończynami
czekali na swoją kolej. Niektórzy – od kilku
godzin.
Same z Siostrą poszłyśmy zarejestrować
pacjenta. W tym czasie obaj Panowie sie-
dzieli w zaparkowanym w cieniu samo-
chodzie.
W Rejestracji uzyskałyśmy informację,
że musimy zapytać, kto jest ostatni w ko-
lejce i zwyczajnie czekać. Bardzo spokoj-
nie tłumaczyłam, że stan pacjenta jest
poważny i być może nie ma czasu na cze-
kanie. Bez cienia uśmiechu i śladu empatii
Pani stwierdziła, że możemy próbować
dostać się do gabinetu w chwili, gdy inny
pacjent będzie go opuszczał lub pukać,
a może lekarz nas wysłucha. Dla niewta-
jemniczonych krótkie wyjaśnienie: drzwi
do gabinetu lekarskiego posiadały klamkę
wyłącznie od środka, więc nie było mowy
o otwarciu drzwi od strony poczekalni.
Pukałyśmy więc, wywołując pełne polito-
wania uśmiechy pacjentów. Rzecz jasna,
bezskutecznie.
Dialog w Rejestracji wyglądał mniej więcej
tak:
– Proszę pukać, lekarz zdecyduje, czy
przyjmie tego pana poza kolejnością.
– Ale lekarz nie reaguje na pukanie.
– Proszę pukać, lekarz zdecyduje czy
otworzy.
Zostawiłam Siostrę w poczekalni i pode-
szłam do samochodu. Starszy pan drze-
mał, oddychając z trudem. Postanowiłam
zadzwonić do przychodni, z której nas
tu skierowano czy nie mogliby jakoś wpły-
nąć na szybsze przyjęcie. Niestety, pani
doktor nie mogła podejść do telefonu.
Szukałam jakiegoś punktu zaczepienia.
Z tyłu izby przyjęć dostrzegłam kolejny
budynek, w którym mieścił się oddział
chirurgii i ortopedii. Naiwnie sądziłam,
że może tam spotkam życzliwego leka-
rza, który przynajmniej zerknie na Tatę.
Na oddziale znalazłam pielęgniarkę, która
wyjaśniła mi w paru żołnierskich słowach,
że co prawda mnie rozumie, jednak ja też
muszę ją zrozumieć. Tak to po prostu musi
wyglądać i oni nic więcej nie poradzą. Za-
sugerowała zapukanie do dyżurki lekar-
skiej. Niestety i tu bez skutku.
Wróciłam na izbę przyjęć. W pomieszcze-
niu obok Rejestracji, które dostrzegłam
przez szybę, siedziały dwie panie w bia-
łych kitlach, bez widocznego zajęcia.
Nacisnęłam na dzwonek, nie wywołując
żadnej reakcji. Pojawił się ratownik. Popro-
siłam o pomoc, po raz kolejny opowiada-
jąc naszą historię. Pokiwał głową i zniknął
za drzwiami. Nadal długo nic się nie działo.
Postanowiłam znowu zadzwonić na nu-
mer alarmowy. Po raz nie wiem który
powtórzyłam historię. Zostałam poinfor-
mowana, że: po pierwsze – znajduję się
na terenie szpitala i muszę sobie radzić
sama, po drugie – to niemożliwe, żebym
nie mogła skontaktować się z lekarzem!
Uchyliły się wreszcie drzwi gabinetu lekar-
skiego, prawie z płaczem prosiłyśmy, aby
ktoś przynajmniej obejrzał Tatę i stwier-
dził, czy naprawdę może czekać tak dłu-
go. Dopiero wtedy zaproponowano nam
podjechanie samochodem pod wejście
dla pacjentów karetek, z tyłu budynku.
Tato, umieszczony na wózku, znalazł się
nareszcie w gabinecie.
Po 18.00 (Tatę przyjęto na izbę około
15.30) z izby wyszedł lekarz i poinformo-
wał nas, że stan pacjenta gwałtownie się
pogorszył i jest bardzo ciężki. Kazał cze-
kać. Po kolejnych kilkunastu minutach
zostaliśmy rzeczowo poinformowani,
że mimo zrobienia wszystkiego, co było
w ich mocy, pacjent zmarł. Przyczyną zgo-
nu był prawdopodobnie tętniak aorty.
Możemy narzekać na system, ale to nie
system tu zawinił. To ludzie, którzy – bo ta-
kie odniosłam wrażenie – przechodzą
szkolenia w zakresie asertywności, ale nie
empatii.
Imię i nazwisko
oraz informacje o Szpitalu
do wiadomości redakcji
Skróty pochodzą od redakcji
Autorką tego tekstu, nadesłanego do redakcji, jest dziennikarka prasowa.
Podczas spotkań lekarza z dziennikarzem – pacjentem, też kształtują się relacje
między tymi dwoma środowiskami zawodowymi. Oby jak najrzadziej takie, jak
w opisanym przypadku…
Co w naszej mocy...
Sytuacja, której byłam świadkiem, nie dotyczyła mnie bezpośrednio. Być może
dlatego starałam się (i nadal staram) przeanalizować bieg wydarzeń zupełnie
obiektywnie.
Ogłoszenie




