Pro Medico
postscriptum
•
marzec 2017
26
literatura
Dotarliśmy do szpitala po około 15 minu-
tach. Zostawiwszy nas w holu, rezy-
dent poszedł gdzieś „zasięgnąć języka”.
Po chwili wrócił z dobrą wiadomością
– nasz rodak leży na pierwszym piętrze
na oddziale urazowym, sala któraś tam.
Weszliśmy na oddział, ale poprosiłem
moich towarzyszy, aby zaczekali – chcia-
łem zbadać pacjenta bez świadków.
To był główny cel mojej wizyty – na życze-
nie kapitana m/t „Likomur” miałem spo-
rządzić na piśmie coś w rodzaju wstępnej
opinii lekarskiej.
W trzyłóżkowej, przestronnej sali nasz
„Budyń” był jedynym pacjentem i spał
spokojnie, lekko pochrapując. Był to krę-
py, dość dobrze zbudowany mężczyzna
w wieku dwudziestu kilku lat, i jak dowie-
działem się od Staszka w czasie drogi,
pracował na „Likomurze” pod pokładem
jako rybak przetwórni. Widać było gołym
okiem, że „Budyń” jest nieźle poturbowa-
ny: lewe oko zakrywał rozległy krwiak,
nos był opuchnięty, na głowie opatrunki.
Obrazu dopełniały liczne otarcia i różnej
wielkości zasinienia. To, co martwiło mnie
najbardziej, to unieruchomienie prawej
kończyny górnej w szynie gipsowej, się-
gającej od śródręcza prawie do barku.
Postanowiłem obudzić mojego pacjenta,
aby chwilę z nim porozmawiać i zapytać,
jak się czuje oraz co się stało. „Budyń”
otworzył oczy (a właściwie jedno oko)
i przyglądał mi się nieco podejrzliwie –
nie znał mnie i nie wiedział, kim jestem.
Słowa „lekarz okrętowy” i ojczysty język
rozwiały jego wątpliwości. Mówił nie-
co nieskładnie i robił krótkie przerwy –
widać było, że cierpi nie tylko z powodu
obrażeń – kac musiał mu dokuczać rów-
nie mocno. Z jego opowieści wyłonił się
obraz typowej sytuacji, które zdarzają się
prawie każdej nocy. Można to streścić tak:
z dwoma kolegami z „Likomura” wybrał
się do jednego z barów, gdzie wypili tro-
chę wódki. Po pewnym czasie przenieśli
się do innego lokalu, którego główną
klientelę stanowili Polacy i Rosjanie. Przy-
jaźń polsko-radziecka umacniała się tam
coraz bardziej i było już dość późno, gdy
w pewnym momencie „Budyniowi” zrobi-
ło się niedobrze i wyszedł do toalety. Miał
jednak pecha – wszystkie stanowiska były
zajęte, a następni chętni czekali w kolejce.
Czas naglił, więc w pośpiechu wyszedł
na zewnątrz i zrobił kilka kroków w głąb
biegnącej obok baru, słabo oświetlonej
wąskiej uliczki. Potem sprawy potoczyły
się już szybko – nie wiadomo skąd pode-
szło do niego dwóch lub trzech typków
i nim zorientował się, co się święci, otrzy-
mał cios w twarz, a zaraz potem uderzenie
w głowę. Upadł zamroczony i poczuł, jak
napastnicy wloką go za nogi w głąb zauł-
ka. Krew zalewała mu twarz i nie mógł nic
zrobić. Prawdopodobnie otrzymał jesz-
cze kilka kopniaków, bo na chwilę stracił
świadomość. Jak się ocknął, napastników
już nie było. Jakoś zdołał wrócić do knaj-
py cały zakrwawiony, mając na sobie tylko
podkoszulkę, gatki i skarpetki. Cała reszta
ubrania zniknęła, włącznie z zegarkiem.
Obsługa baru wezwała pogotowie. Tak to,
mniej więcej, wyglądało.
„Budyń” w sumie miał szczęście, ponie-
waż Montevideo zaliczało się w tam-
tych czasach do jednego z bezpiecz-
niejszych portów, aczkolwiek napady
i kradzieże zdarzały się także tam. Jak
wszędzie. Z opowiadań moich statko-
wych towarzyszy, którzy bywali w wielu
portach świata, wynikało, że najgorzej
było w portach Afryki i Azji Południowo-
Wschodniej. Szczególnie złą sławą cieszył
się wtedy Kapsztad. W okolicach ogro-
dzonego i strzeżonego portu roiło się tam
od wszelkiej maści złodziei, stręczycieli,
szulerów, paserów usiłujących sprzedać
kradzione rzeczy i oszustów handlujących
podrabianymi „markowymi” towarami.
Nie brakowało też zwykłych bandziorów
i kryminalistów, gotowych dla zegar-
ka lub aparatu fotograficznego dźgnąć
kogoś nożem. Przestępczość w tym mie-
ście była olbrzymia, a wynikała ze skrajnej
nędzy czarnoskórej ludności i obowią-
zującej jeszcze wówczas polityki apart-
heidu. Nasz radiooficer, który w tym pięk-
nie położonym mieście był kilkukrotnie,
opowiadał mi kiedyś, że poza teren portu
wychodziło się zawsze w kilkuosobowych
grupach i bezwzględnie należało wrócić
na statek przed zmierzchem.
Po skończonych oględzinach naszego
rodaka poprosiliśmy o rozmowę z leka-
rzem prowadzącym, ale okazało się,
że doktora już nie ma, a wszystkie infor-
macje i zalecenia będą przekazane przy
wypisie wraz z dokumentacją.
Trudno. Wróciliśmy ze szpitala na statek
i przez następne dwa dni nic się nie dzia-
ło. Trzeciego dnia kapitan poinformował
mnie, że rybak został wypisany, jest już
na swoim statku i kapitan „Likomura” pro-
si, abym go zbadał jeszcze raz, zapoznał
się z dokumentami szpitalnymi i podjął
decyzję, co ma z nim dalej robić. Sprawa
była o tyle ważna, że „Likomur” za dwa
dni wychodził z portu na łowisko. „Budyń”
zjawił się w moim ambulatorium z wypi-
sem i kliszami RTG. Był w dobrej formie
– jedynym problemem było złamanie
wyrostka dziobiastego prawej kości łok-
ciowej. Poszedłem na m/t„Likomur”, który
stał przycumowany niedaleko, aby poroz-
mawiać z kapitanem. Niezdolny do pracy
rybak przetwórni był na statku istotnym
problemem. Wynikało to z faktu, że zło-
wione ryby musiały być jak najszybciej
przerobione, póki były świeże – rybacy
zwijali się jak w ukropie i każdy miał peł-
ne ręce roboty. Brak jednego człowieka
powodował, że tej roboty mieli jeszcze
więcej – musieli pracować dodatkowo
za niego – a nienadającego się do pracy
rybaka nie miał kto zastąpić. Nietrud-
no się domyśleć, że taka perspektywa
nie była, mówiąc oględnie, mile widzia-
na, szczególnie przez technologa, który
BUDYŃ
ciąg dalszy ze str. 25
Kontrast między rolniczym Urugwajem a Polską w 1986 r. był gigantyczny. Tammożna było
kupić wtedy niemal wszystko.




