Background Image
Table of Contents Table of Contents
Previous Page  27 / 40 Next Page
Information
Show Menu
Previous Page 27 / 40 Next Page
Page Background

25

Pro Medico

postscriptum

marzec 2017

literatura

Była połowa sierpnia 1986 roku. Od kil-

ku dni nasz trawler stał przycumowany

do nabrzeża portowego w stolicy Uru-

gwaju – Montevideo. Od rufy, szerokim

strumieniem napływały bluzgi i prze-

kleństwa, których „bogactwo” mogło

niejednego doprowadzić do głębokich

kompleksów. Ich autorami byli statkowi

mechanicy, którzy usiłowali bezskutecz-

nie usunąć poważną awarię – zepsuło się

sprzęgło jednej z dwóch wind trałowych,

czyli urządzenia służącego do wyciągania

sieci z rybami. Łowiliśmy włokami den-

nymi i nasze windy musiały dzień i noc

wyciągać z głębokości kilkuset metrów

sieć, w której mogło być nawet 100 ton

ryb.

Niestety, powtarzające się obciążenia i sól

morska zrobiły swoje – sprzęgło pękło.

Naprawa windy przedłużała się. Z Polski

przysłano samolotem nowe sprzęgło, ale

po raz kolejny dopadła nas PRL-owska

rzeczywistość – przysłane sprzęgło oka-

zało się być z innego modelu windy i nie

udawało się go dopasować. Podczas gdy

większość załogi korzystała z darmowych

wakacji, mechanicy walczyli z czasem

i presją kapitana. Czas upływał, koszty

naszego postoju rosły, a załoga nie zara-

biała.

Nie mając nic do roboty, nasi rybacy

większość dnia (a głównie nocy) spę-

dzali poza statkiem w licznych knajpach

i podejrzanych barach, których w dzielni-

cy przylegającej do portu były dziesiątki.

Większość w ciągu dnia była zamknięta

na cztery spusty – natomiast po zmroku,

kusiły różnymi atrakcjami chcących się

trochę „rozerwać” marynarzy i rybaków

z całego świata.

Wychodziłem właśnie z mesy po śniada-

niu, gdy spotkałem naszego kapitana.

Trzeba pojechać do szpitala i obejrzeć jed-

nego z rybaków. Prosił mnie kapitan z „Liko-

mura”, to rybak z jego załogi, mówią na nie-

go „Budyń”. W nocy pobili go i okradli. Poje-

dzie z panem ochmistrz. Niedługo powinien

być nasz rezydent

– oznajmił krótko.

Miałem wprawdzie inne plany na dzisiej-

sze przedpołudnie, ale nie mogłem nie

jechać – udzielanie pomocy lekarskiej dla

załóg innych statków, na których nie było

lekarza (a nie było na prawie wszystkich!),

należało do moich obowiązków. Rezy-

dent był rodowitym Urugwajczykiem,

którego wartości nie sposób było prze-

cenić. Przede wszystkim znał doskonale

rozkład miasta, położenie wszelkich insty-

tucji i urzędów. Znał miejscowe realia

i układy, bez znajomości których załatwie-

nie jakiejś sprawy mogło być trudne lub

wręcz niemożliwe. Znał wreszcie, co jest

równie ważne, mentalność i zwyczaje

swoich rodaków. Służył wszelką pomocą,

oczywiście nie bezinteresownie... Szyb-

ko włożyłem jakieś bardziej „wyjściowe”

ciuchy i zszedłem na nabrzeże. Staszek,

nasz ochmistrz, już czekał. Chwilę jeszcze

rozmawialiśmy o bieżących sprawach,

nim podjechał swoim samochodem rezy-

dent. Wysiadł uśmiechnięty jegomość

około czterdziestki, otulony płaszczem,

szalikiem, w ciepłej czapie i rękawicz-

kach. Na Półkuli Południowej była zima

– chociaż temperatury sięgały 8-10 stop-

ni powyżej zera – wszyscy miejscowi byli

ubrani, jakby za chwilę mieli trafić na Ala-

skę lub Syberię. Nietrudno było rozpoznać

na ulicy naszych rodaków czy np. Rosjan:

ubrani w lekkie kurtki typu „wiatrówka”

nałożone wprost na koszulę, tym bardziej

bez czapek i rękawiczek, wyraźnie rzucali

się w oczy. Urugwajczycy patrzyli na nas

z wyraźnym podziwem. Rezydent przywi-

tał się z nami„łamaną”polszczyzną i otwo-

rzył bagażnik swojego Forda, do którego

Staszek włożył to, co leżało obok niego.

Była to wymienialna we wszystkich por-

tach świata polska waluta – karton „tań-

cującego” Żywca i cztery butelki Wyboro-

wej 0,7. Na mój grymas lekkiego zdziwie-

nia Staszek machnął tylko ręką.

To nie nasze, to z „Likomura

” – odetchną-

łem z ulgą!

Ruszyliśmy w drogę. Rezydent objaśnił

nam, że jedziemy do szpitala BritishHospi-

tal, położonego niedaleko parku i dużego

stadionu piłkarskiego. Był to w zasadzie

połączony kompleks dwóch szpitali, przy

czym ten„British”jest nastawiony głównie

na leczenie obcokrajowców. Jechaliśmy

szeroką promenadą Avenida 18 de Julio,

która łączy dzielnicę portową z centrum

miasta – cała promenada to właściwie

niekończący się ciąg sklepów, sklepi-

ków, hurtowni, butików i lepszych lokali,

wszystko nastawione na robienie bizne-

su. Głównie z marynarzami i rybakami.

Rosnące wzdłuż promenady olbrzymie

palmy i ciekawa architektura nadawały

jej nieco bardziej reprezentacyjnego cha-

rakteru. O tej porze dnia cała promenada

wydawała się dość cicha i spokojna, jakby

nieco uśpiona. Zupełnie inaczej było tam

po zmroku – oświetlona neonami skle-

pów i dobiegającą zewsząd muzyką cała

promenada tętniła życiem.

Kontrast pomiędzy Urugwajem, a ówcze-

sną Polską był wprost gigantyczny –

w tym małym kraju, którego trzon gospo-

darki stanowiła hodowla bydła, mogłeś

w sklepie kupić praktycznie wszystko

– od japońskiej elektroniki począwszy,

na amerykańskich jeansach skończywszy.

W Polsce, biednej i siermiężnej, powo-

li podnoszącej się po stanie wojennym,

wciąż brakowało praktycznie wszystkiego

a wiele towarów (np. mięso) nadal kupo-

wało się na tak zwane„kartki”.

Z cyklu opowiadań lekarza, który w 1986 r. spędził pół roku na statku rybackim.

Każde zostało poświęcone jednemu „przypadkowi medycznemu”. Akcja opowiada-

nia toczy się w Urugwaju.

BUDYŃ

ciąg dalszy na str. 26

W sierpniu 1986 r. nasz trawler stał przycumowany do nabrzeża portowego Montevideo.